#1113

I znów nie mam nastroju. I oczywiście jak zawsze rozchodzi się o to samo. O bycie samą. Byłam ostatnio na ślubie u znajomych z pracy. Na fejsie znów albo zaręczony albo zdjęcia ze ślubów. A ja co? Znów wróciłam na tindera, mimo że doskonale wiem, że to bez sensu, bo faceci którzy wydają się dla mnie interesujący nie są zainteresowani niczym poważnym, poza chwilową zabawą. Taki mam doskonały gust. Dodatkowo ciągłe mieszkanie z rodzicami doprowadza mnie do dodatkowej frustracji. Ciągle tylko, gdzie po co, dlaczego, z kim, kiedy wrócisz. Nic nie możesz zrobić tak jak chcesz, mimo że masz prawie 30 lat. Już bym tak chciała się wynieść, a jeszcze muszę czekać pół roku.

#1112

Nie ma tindera to i nudą wieje na blogu. To może o pracy ;) Oczywiście jak człowiek sobie coś zaplanuje, to się okazuje, że klient chce coś na wczoraj i musisz robić szybciej albo siedzieć po godzinach. Wole tą pierwszą wersję, ponieważ cenie sobie wychodzenie z biura między 16:30 a 17:00. Jak trzeba później to już się we mnie gotuje i mam ochotę kogoś rozstrzelać. A w zeszłym tygodniu musiałam zrobić trochę nadprogramowych rzeczy, ponieważ mój współpracownik z projektu dał ciała, a żeby tego było mało, to jeszcze się okazało, że klient nie jest z niego zadowolony i zaliczył rozmowę wychowawczą z managierami. A jak wołano mnie na rozmowę, to już myślałam, że ktoś podkablował moje poczucie humoru.

A na dziś miałam plany zakupowe, a tu się okazało, że święto jakieś wymyślili… Nosz kurde. Zrobiłam za to zakupy przez neta, oczywiście w ilościach hurtowych, a potem będę znów nosić paczki ze zwrotami. O, i na rower dziś poszłam. 40 km pykło ;)

#1109

Jeszce przed weekendem majowym na tinderze napisało do mnie chłopięcie, młode, lat 25. Wtenczas mu jednak nie odpisałam, bo spotykałam się z kolegą od erekcji a raczej jej braku (ach będę to  chyba do starości wspominać, chyba, że jakiś delikwent to przebije). A że znajomość ta umarła, to młodzieńcowi postanowiłam odpisać – jeszcze dopisałam „lepiej późno niż wcale”. W sumie spodziewałam się jakiejś reprymendy w stylu co ja sobie myślę, żeby po takim czasie odpisywać, a tu niespodzianka – normalna konwersacja jak gdyby nigdy nic. Desperat? – pomyślałam. Tak czy siak zaczęliśmy konwersować, nawet sensownie i już mieliśmy się w tygodniu spotkać, ale przyznał, że nie wie o której będzie mógł wyjść z pracy – pracuje w jednej z firm wielkiej czwórki w audycie, więc jest to zrozumiałe. Padła propozycja, żeby może weekend, każdej ze stron pasowało. Oczywiście jak to z facetami bywa, konwersacje się rozluźniły, a ja uznałam, że się narzucać nie będę. Nawet pomyślałam, że w sumie to i lepiej, spędzę sobie spokojnie sobotę bez wycieczek do Warszawy. Rano się odezwał, w sensie dziś i już myślałam, że wróci do tematu, a tu nic. Coś zaczął, że mu się na smutki zbiera i że w maju tak ma – czerwona lampka, o nie! nie będę go z jego problemów emocjonalnych leczyć. Rozmowa się nie kleiła i zamilkł. Jakoś mi nie szkoda – wiem, jestem okropna. Przynajmniej dzień był spokojny – o ile dzień z rodzinką można nazwać spokojnym.

#1107

Moje dzisiejsze odkrycie muzyczne: Paweł Domagała.

Mogłabym tu wstawić każdy jeden jego kawałek, bo wszystkie słucha  się równie dobrze. Wszystko się zgadza, muzyka, tekst i jego głos.

#1106

Obecnie jako rasowa singielka dość mocno korzystam z tindera – doszłam już do tego momentu kiedy aplikacja informuje mnie, ze wykorzystałam ilość „lajków” na dziś i musze odczekać 12h lub kupić wersje premium ;) Do czego to doszło, nie? Ale nie o tym, miało być o panach. Siłą rzeczy przy takim użytkowaniu jakieś tam dopasowania są, lepsze lub gorsze ale są.

I tutaj pojawia się temat właściwy owej notki: rozmowy z dopasowanymi Panami, a raczej ich podejścia. Co mnie najbardziej irytuje? Brak zaangażowania w rozmowę z ich strony. O ile mogę zrozumieć jego brak w przypadku kiedy to ja zaczynam rozmowę i najwidoczniej nie wzbudziłam zainteresowania, to spoko. Jednak kiedy to samiec postanawia do mnie zagadać (rozpocząć ze mną konwersację) to już jest słabe. Na ten przykład jedna z moich rozmów z zeszłego tygodnia:

jego pierwsza wiadomość: Cześć jak mija dzień (pisownia oryginalna)

maruda: wypracowanie jaki to miałam ciężki dzień i że super że zaraz weekend i w ogóle, a jak jemu minął dzień

jego druga wiadomość: Tez byl ciężki (pisownia oryginalna)

I ręce opadają. To nie jedyny taki przypadek, w sensie spoko można rozmawiać mniej lub bardziej budując i rozwijając zdania, ale na litość boską, dajcie jakiś punkt zaczepienia? Bo co ja mam odpisać na taką wiadomość? Ty do mnie człowieku napisałeś pierwszy to postaraj się jakoś tą rozmowę ciągnąc, ja Ciebie zabawiać nie będę i mam tutaj na myśli całą rzeszę takich co to rzucą jednym zdaniem i oczekują, że cała odpowiedzialność za rozmowę spada już dalej na mnie. No nie, to tak nie działa. Kiedy to ja piszę pierwsza, to staram się na tyle by konwersacje podtrzymać, chyba, że rozmówca okaże się takim jełopem, ze po prostu się nie da, albo nie złapiemy wspólnego języka. A tutaj co? Że jesteś facetem to trzeba cię traktować jak pana i władcę, jedynego co to się ostał na ziemi i kobiety mają zabiegać o twoją uwagę? O ni. Twoje niedoczekanie.

18620151_10155401613689533_6786639628024611174_n

#1105

Na fali mojej ciągłej walki o bycie chudą poszłam o krok dalej aby sobie w tym pomoc i zamówiłam sobie catering jedzeniowy. Na razie na próbę na 8 dni. Dziś był dzień pierwszy. Trzy posiłki które jadam w pracy, żeby nie gotować i nie nosić codziennie pudełek do pracy. Zobaczymy jak to będzie. Dziś mi smakowało.

#1104

To co, może ostatnią znajomość przedstawię, chociaż wszystko wskazuje na to, że już się skończyła…

Otóż, ostatni osobnik z jakim przyszło mi się spotkać parę razy oczywiście został zapoznany za pośrednictwem mojej „ulubionej” aplikacji (czytaj. tindera). Dopasowało nas jakoś w okolicach Wielkanocy i w tym samym czasie zaczęliśmy konwersować. On zaczął. Pierwsze wrażenie? Jeśli chodzi o zdjęcia to przystojny, brunet, broda (wiemy, że lubię), styl takiego chłopca jeżdżącego na desce – lubię wszystko. Ba! Nawet opis miał sensowny, w sensie, można się było dowiedzieć z niego czegoś więcej niż „jestem normalny”. Wymieniliśmy w okresie świątecznym trochę wiadomości, no to żeby nie tracić czasu, po powrocie do pracy umówiliśmy się na piwo.

Zawsze mam stresa przed nowymi spotkaniami, bo jednak zdjęcia i internet to jedno, a ludzie na żywo czasami okazują się zupełnie inni.

Docieram na miejsce, wszystko się zgadza, czyli jest dobrze, tylko się okazuje, że chłopięciem jest mojego wzrostu, a ja przywykłam do wysokich panów. Ale ok, nikogo za wzrost nie skreślamy. Poszliśmy do knajpy, zaczęliśmy rozmawiać, pierwsze wrażenie bardzo pozytywne – potrafi gadać więcej ode mnie, a to nie lada wyczyn. Zabawny, sympatyczny. Jest ok. Po spotkaniu wymiana wiadomości, ze spotkanie miłe i w ogóle, i chętnie je powtórzę i z jego strony reakcja taka sama. To może spotkamy się znów, tylko przy weekendzie.

Tym razem poszliśmy na piwo, poznałam jego znajomych, generalnie miły wieczór. Zaprosił mnie do siebie – dlaczego nie, w końcu jesteśmy dorośli. Nic jednak nie było, kulturalnie uszanował moje zdanie, co też wydało mi się dojrzałą i kulturalną reakcją z jego strony.  Miło było jednak w końcu spać z kimś i się przytulać, oj jak mi tego brakowało. Rano zrobił śniadanie, poszliśmy na spacer, rewelacja – już można planować ślub. Swoją drogą, jak tak leżeliśmy w nocy wtuleni w siebie rozmawialiśmy o tinderze, o swoich wzajemnych oczekiwaniach i w sumie dobrze, bo przynajmniej wiedziałam, że mam się nie nastawiać na nic poważnego, a on ma „duże potrzeby” i takie friends with benefits mu odpowiada. Dobra, przystałam na to – tak wiem, jestem głupia.

Potem była majówka, mnie nie było, więc spotkania również nie było. Ale pisał, odzywał się raz mniej, raz więcej, ale kontakt był. Prognozowało to raczej dobrze. Albo tylko ja myślałam, że jest dobrze. Wróciłam z urlopu, nastał weekend i kolejne spotkanie. Każde już wiedziało, co ma się na tym spotkaniu wydarzyć, a raczej w jego dalszej części. Najpierw piwo, potem do niego, i wszystko się dobrze zapowiadało – bo jak Ci facet mówi że ma „duże potrzeby” to sobie już wyobrażasz ten seks stulecia, te orgazmy i… i nic. Dosłownie NIC. Nie mógł i tyle. Pierwszy raz byłam w takiej sytuacji, zachowałam się kulturalnie i nie skomentowałam tego w żaden złośliwy sposób, powiedziałam, że nic się nie stało i tyle. Reszta wieczoru, to już tylko przytulanie, bo szanowny Pan nie miał humoru – nie dziwie się z jednej strony, tylko dlaczego ja miałam na tym „cierpieć”? Męskie ego doznało bolesnego upokorzenia w zaistniałej sytuacji. Rano też żadnych zabaw nie było. Dostałam oczywiście śniadanie, a potem odstawiona zostałam na przystanek. I mieliśmy się zgadać co do następnego weekendu.

Cały tydzień milczał, na weekend twierdził, że ma gości – tak odpisał, ale od tamtej pory milczy. Ostatniej mojej wiadomości nawet nie odczytał – bankowo ją widział, bo napisałam na fejsie, ale w nią nie wszedł, więc wisi jako nie przeczytana. I tyle. W sensie zapowiadało się spoko, koleś jest fajny, sympatyczny i inteligentny, można z nim pogadać na wiele różnych tematów, ale widać urażone męskie ego nie pozwala mu na kontynuowanie tej znajomości, bo przecież się tak skompromitował. A ja chciałam dać mu drugą szansę. Cóż, najwyraźniej widzę w ludziach więcej dobra i pozytywnych stron niż tak naprawdę posiadają. Szkoda, bo serio podobało mi się spędzanie z nim czasu. Pozwalało mi to trochę zapomnieć o Panu K. Ba! Nawet myślałam, że mi przeszło, że mogę się jednak spotykać z kimś innych i czerpać z tego równie dużo przyjemności emocjonalnej co kiedyś z nim. Jednak nowy osobnik wybrał inaczej. Oczywiście, żeby było śmieszniej, to ma w sobie na tyle dużo z tchórza, żeby wiadomość pozostawić nieodczytaną i bez odpowiedzi, ale żeby wywalić mnie z fejsa ze znajomych (to też faceci robią notorycznie) to już „odwagi” mu brakuje.

9e787852806fac4b5f94ff25c1e9f307